Strona ta opowiada o mojej, wciąż trwającej, przygodzie z wyjątkową rasą psów - Labrador retriever. Przedstawicielkę tej rasy - Kaję zakupilem od hodowcy i od 9 tygodnia swego życia, jest ze mną. Kaja ma metrykę i dobre pochodzenie: ojciec (pies polujący) i matka, mieli dyplomy Championa pracy. Była więc szczeniakiem "z górnej półki", jeśli chodzi o cechy użytkowe. Kosztowała niemało, ale trzeba przyznać, że jak do tej pory, nie zawiodła moich oczekiwań..
Moja historia
Mam 62 lata, jestem z wykształcenia mgr inzynierem elektronikiem (technika cyfrowa). Jetem żonaty, mam troje dorosłych już dzieci, trzech wnuczków. Mam uprawnienia trenera II klasy - lekkaatletyka (biegi). W swoim życiu zajmowałem sie wieloma rzeczami , od pracy w zawodzie, do współwłaściciela sklepu, właściciela małej firmy prywatnej - produkcyjnej, dwukrotnie byłem bezrobotny.. Wreszcie, przez ostatnich 10 lat pracy, byłem jednym z dyrektorów w dużej firmie zagranicznej.. W latch 80-tych i 90-tych przez piętnascie lat byłem myśliwym, należałem do Kola Łowieckiego w NN (gdzie mieszkałem i pracowałem w tym czasie). Ciężka choroba niespodziewanie zakończyła zarówno moją "karierę" łowiecką, jak i zawodową..
Ale nie zmieniła mojego charakteru i sposobu życia. Pozostałem fascynatem świata przyrody oraz miłośnikiem wędrówek pieszych, które uprawiam od wielu lat codziennie, niezależnie od pogody i pory roku. Oczywiście stan zdrowia nie pozwala mi już na duży wysiłek..


Moja "psia" historia
Kaja jest moim trzecim psem. Pierwszym był BACA - owczarek podhalański, wielki jak cielak i bardzo łagodny. Niestety nie nadawał się on do chodzenia z nim po mieście, gdyż (szczególnie w okresie letnim) z pyska dosłownie mu się lało i przypadkowo dotknąwszy przechodnia pyskiem, powodował dużo sytuacji konfliktowych. Jego zadaniem było głównie pilnowanie ogrodzonej posesji, z którego to obowiązku wywiązywał się doskonale. Jeszcze dziś wspominam jego basowy szczek i groźne bieganie z warczeniem wzdłuż ogrodzenia, "konwojujące" przechodniów. Miał on niestety jedną przywarę, która przyczyniła się do jego śmierci. Był mianowicie bardzo łasy na suczkowe wdzięki i zapachy. Trzykrotnie przeskakiwał wysokie na 160cm ogrodzenie i "znikał" na kilka dni. Po takiej wyprawie wracał brudny i śmierdzący, ale w oczach miał wesołe "ogniki". Jakby chciał powiedzieć "alem sobie podokazywał". Zjadał wtedy pól wiadra posiłku i zapadał w drzemkę. Z trzeciej "kawalerki" już nie wrócił, został zastrzelony przez myśliwych, gdy idąc za wiatrem jakiejś ponętnej suczki przebiegał las... Pamietam jedną zabawną (z dzisiejszej perspektywy) historię. Baca "zmaltretował" mojego znajomego, gdy ten nieopatrznie wszedł na teren mojej posesji i zmierzał do domu. Pies powalił go na ziemię i położył sie na nim przednimi łapami, liżąc go i warcząc, gdy chciał się uwolnić. Dopiero krzyki biedaka wywołaly mnie na zewnątrz. Uwolnilem znajomego (nie pytając o zawartość jego majtek).
Drugiego psa FOKSIA zakupiłem juz jako stażysta w Kole Łowieckim, aby mieć psa polującego. Wybrałem szczeniaka rasy foksterier z dobrej hodowli, z rodowodem , po rodzicach polujących. Płacąc duże pieniądze i poświęcając wiele swojego czasu zrobiłem z pieskiem szkolenie PT1, PT2 jako potrzebne do zdobycia certyfikatu psa użytkowego - polującego. Potem słono zapłaciłem za wyszkolenie Foksia (z pozostawieniem go u trenera) i w rezultacie piesek zdobył certyfikaty psa polującego w zakresie dzikarza i norowca. Wszystkie te szkolenia trwały ponad dwa lata! Gdy dumny zgłosiłem swego podwójnie dyplomowanego psiaka do polowań w swoim KŁ, oczekiwałem sukcesów...
I oto ku mojemu rozczarowaniu i wściekłości, okazało się, że na polowaniach Foksio zachowywał sie jak totalny nowicjusz... Po prostu nie umiał polować a jedynie wykonywać wysublimowane czynności myśliwskie. Polowania wprawiały go w stan jakiejś ekstazy, w której nie panował nad sobą i zachowywał sie w sposób nieprzewidywalny. Niemile wspominam drwiny moich starszych kolegów "po strzelbie". Żałowałem, że nie zasięgnąłem u nich rady wybierając drogę układania psa do polowań. A tak pieniądze (niemałe) i co gorsza czas został prawie całkowicie stracony. Foksia trzeba było "na nowo" układać!! Szlag mnie trafiał! Wtedy dobitnie do mnie dotarło, że konkursy dla psów użytkowych myśliwskich nie maja prawie nic wspólnego z umiejętnością uczestniczenia psa w polowaniach!! To jest zupełnie inna bajka!! Miałem szczęście, że w Kole był prawdziwy entuzjasta psów myśliwskich - Zenek, który wspaniałomyślnie zaofiarował mi swoją pomoc we właściwym ułożeniu Foksia. On mawiał, że udział w konkursach i udział w polowaniach, jest podobny do np. walki na szable w maskach i stroju ochronnym oraz walki na szable ostre "na śmierć i życie". Wchodzą tu w grę diametralnie inne emocje.. Szablista "sportowy" nie miałby szans u pospolitego "rębajły" sejmikowego i na odwrót, w zawodach sportowych "rębajło" byłby zdyskwalifikowany!! Dokładnie tak samo jest z psami - laureatami konkursów i psami polującymi, które w czasie polowań doświadczają sytuacji zagrożenia życia, z czym nigdy nie stykają się psy "konkursowe". Pan C.Marchwicki, znany trener retrieverów napisał w swej książce: "Nic tak nie psuje dobrze ułożonego psa, jak polowanie". I z tym sie całkowicie zgadzam, ze swojego doświadczenia..
Po dalszych dwóch latach szkolenia Foksia, Zenek i ja osiągnęliśmy wreszcie to o co mi chodziło: miałem psa efektywnie polującego. Posłusznego. Zenek niestety umarł młodo (czterdzieści kilka lat) a Foksio polował ze mną cztery lata. Ponadto włóczył się ze mną po lasach i polach kiedy to tylko było możliwe.. Przemierzyliśmy wspólnie kilka setek kilometrów.. Foksio odszedł na raka w wieku prawie 9 lat. Z krwawiącym sercem musiałem podjąć tę najcięższą dla myśliwego decyzję... Przez pięć lat nie miałem psa..
Kaja - moim psem
Po przejściu na rentę (przymusową) i póżniej na emeryturę, miałem jak to jest u emerytów: dużo czasu i mało pieniędzy. Z początku zająłem się nowym-starym hobby - akwarystyką (hodowla bojowników syjamskich). Ale, po kilku latach, zacząłem przybierać na wadze, gdyż brak mi było moich codziennych wędrówek po lasach i drogach. Po konsultacjach z lekarzem, ponownie wznowiłem to moje "szwendanie", w zdecydowanie łagodniejszej pod względem wysiłku formie. Doszedłem do wniosku, że lepiej jest odejść "w terenie" niż wyrzec sie swojej miłości... Uwielbiam samotne wędrówki, ale zaczęły mi się przypominać chwile spędzane z Foksiem. Zatęskniłem do takiego prawdziwego przyjaciela i druha w wędrówkach po lasach i polach. Wreszcie podjąłem decyzję: kupuję szczeniaka i przeszkolę go na psa myśliwskiego, z którym będę mógł swobodnie wędrować po lasach... Jak trudno mi było przekonać małżonkę do zakupu szczocha i sralucha i wychowania go w domu... Ale w końcu się udało i stanąłem przed dylematem: jaka rasa, jaka płeć, pochodzenie psa itd. Jako inżynier elektronik miałem kilka notebooków, jeden sprzedałem i miałem pieniądze na zakup szczeniaka. Teraz pozostała decyzja: jaka rasa i płeć. Zacząłem pilnie czytać internetowe strony opisujące cechy poszczególnych ras i opinie ich użytkowników. W końcu pozostały "na placu boju" trzy rasy: ON (owczarek niemiecki), OB (owczarek belgijski) i Labrador retriever. W końcu z OB zrezygnowałem, z powodu jego małych zdolności myśliwskich,potem zrezygnowałem z ON, ze względu na okaleczenie tej rasy przez hodowców (pod sztandarem ZKwP) - upośledzenie kończyn tylnych, pozostał więc tylko Labrador retriever. Maść była oczywista - czarna, gdyż jak podał cytowany już C.Marchwicki, na czterdzieści szkolonych labradorów użytkowych, jeden jedyny biały (biszkoptowy) wykazał własciwe cechy. Pozostałych 39 było czarnych! Są one ponoć bardziej posłuszne i chętne do szkolenia. W końcu zdecydowałem się na suczkę, gdyż wyczytałem na forach myśliwskich, o ich szybszym dojrzewaniu i zdecydowanie większym posłuszeństwie (czego z kolei nie potwierdza C.M.). Zacząłem więc poszukiwania szczeniaka płci pięknej, maści czarnej, w hodowlach legitymujących się najlepszymi osiągnięciami użytkowymi. Miała to być suczka bardzo energiczna i ciekawa świata.. Po kilku miesiącach oczekiwań trafiłem na hodowlę XXX i Kaję (vel YYYY). Miałem do wyboru dwie suczki czarne - siostry, jedna spokojna i "defensywna", druga dominantka całego miotu, najwieksza i najbardziej ruchliwa.. Wybrałem dominantkę !! Psiaka wziąlem "w ciemno", po kontakcie telefonicznym. Zapłaciłem zadatek i czekałem dwa tygodnie na odbiór. Pod koniec 8 tygodnia, w listopadzie 2007 roku, Kaja przejechała 350km samochodem, do swojego nowego domu i swojego nowego pańcia. Do podjęcia ostatecznej decyzji o zatrzymaniu jej dla siebie, musiałem poczekać do czasu uspokojenia burzy hormonów po pierwszej cieczce, co stalo sie w drugim tygodniu 10 miesiąca jej życia. Wtedy zrobiłem jej pierwszy test na reakcję na strzały (ze strzelby myśliwskiej) oraz testy "na dzielność i odwagę" (opiszę je w innym miejscu). W razie niepowodzenia mialem ją oddać bratu i bratowej, którzy stracili swego ukochanego pudla (ze starości). Na szczęście Kaja sie "obroniła" i jest obecnie sunią, która ma już miejsce w moim sercu... Już jest moja "forever"!!!


Jedenastomiesięczna diablica - już moja!!

O psiaku w internecie
Witrynę tą (Mój Labrador retriever) opracowałem aby przedstawić mój sposób na ułożenie psa "uniwersalnego", czyli psa mysliwskiego i jednocześnie psa "miejskiego". W chwili ukończenia tej witryny i opublikowaniu jej, Kaja ma 20 miesięcy i jest już psem bliskim mojemu ideałowi. Bierze udział w polowaniach (z dobrymi wynikami), jest psem posłusznym, wzorowo chodzącym bez smyczy "przy nodze", respektuje obcych ludzi i psy na ulicach i "w terenie" oraz nie gania za zwierzętami i ptakami, gdy jej na to nie pozwolę. Uwielbia (tak jak ja) "szwendanie się" po lasach i polach. Wielu z moich znajomych już zazdrości mi tak ułożonej suni. Ale to jest efekt półtorarocznej, codziennej pracy z Kają...
Już po zakupie Kaji, gdy mialem ją już w domu od kilku miesięcy, zarejestrowałem sie na kilku forach jako BlueDiego. Często obserwowałem w wypowiedziach innych osób, że spędzały wiele godzin na uczeniu psa różnych mało przydatnych psu rzeczy, a nie wspominały o godzinach spędzonych z psem w terenie i o realizacji jego podstawowych potrzeb - potrzeb długiej, codziennej "pracy ruchowej". Zrozumiałem tu najlepiej, co znaczy dla rasy Labrador retriever to przekleństwo "bądź psem rodzinnym" (do kochania i miziania), gdy na tym kochaniu, życie labradora się kończy.. Nic dziwnego,że ta właśnie rasa, ma coraz więcej problemów zdrowotnych.
Dla upowszechnienia informacji o priorytetach potrzeb retrieverów na jednym forum Labradory.org zamiesciłem wiele postów o tematyce szkolenia psów "w terenie". Posty te wykorzystywały również materiały z tej witryny...

Początek strony
Stronę opracował ZBB. kontakt: bolzbi@interia.pl
Wszelkie przedruki i wykorzystanie materiałów z tej strony zabronione!