Śmierć i eutanazja rybek w mojej praktyce

Z własnego doświadczenia wiem, że diagnozowanie chorób u ryb jest niezmiernie trudne. Głównie z powodu bardzo podobnych objawów, występujących przy wielu (często diametralnie różniących się przyczynami) chorobach. Dlatego z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie ma hodowców (amatorów), którzy mogą wiarygodnie "dawać rady" na odległość, (często z wielką pewnością siebie, mimo, że sam(a) tego nie doświadczył(a)). Osobiście to stwierdziłem, kilka razy odwiedzając różne polskie grupy dyskusyjne, (których poziom oceniam na żenująco niski). Dlatego też , korzystając ze znajomości języka, skierowałem się w stronę wymiany poglądów z hodowcami betta splendens (amatorami - praktykami) z USA i Anglii. Szczególnie w USA, ilość hodowców bojowników i poziom praktycznej wiedzy na temat hodowli tych rybek, jest bardzo wysoki. Panuje tam obecnie prawdziwa "bettamania". Ale i tam odsetek ryb "wyleczonych" jest stosunkowo niski, z wymienionych już na wstępie powodów.


Gdy "leczenie" zawodzi...

Jak każdy akwarysta mam do czynienia ze smiercią rybek. Jak już pisałem w zakładce Choroby, w przypadku śmierci, która nastąpiła na skutek mojego błedu lub zaniedbania, jest mi strasznie żal, że cenę najwyższą zapłaciło niewinne stworzenie. Działa to na mnie dopingująco, w kierunku wzmożenia wysiłków w celu uzyskania właściwych warunków w moich zbiornikach. Bo własnie warunki panujące w akwariach hodowlanych, są najczęstszą przyczyną chorób i śmierci rybek. Ale nawet gdyby warunki były idealne, ryby były zabezpieczone przed przywleczeniem chorób "z zewnątrz", nie uchroniłoby to rybek od chorób i zdarzeń prowadzących do śmierci. Dlatego też trzeba walczyć z chorobami, ale również mieć świadomość tego, że nieumiejętne, amatorskie leczenie "na ślepo", może być przyczyną dodatkowych cierpień leczonych stworzeń i może stan zdrowia zamiast polepszać - jeszcze bardziej pogarszać. Trzeba również zaakceptować to, że rybki żyją krótko (średnio ok.3 lat) i jednej sądzone jest żyć 2 lata, a drugiej 4, całkiem jak u ludzi.. Smierć jest ostatnim elementem życia i nadejść musi, niezależnie od naszej woli. Po prostu nie wymyślono na nią jeszcze żadnego lekarstwa. Dlatego też, według mojego przekonania, jeżeli nie jestem pewny, co to za choroba "przydarzyła się" rybce, poza niegroźnymi kąpielami w środkach pasożyto- grzybo- i bakterio- bójczych, nie podejmuję żadnych innych działań i gdy widzę dalsze rozwijanie się choroby, podejmuję decyzję skrócenia życia stworzeniu. Działam tak w trosce o pozostałe rybki, które może spotkać ten sam los. (Raz już w życiu widziałem wszystkie moje rybki pływające "do góry brzuchem", gdy mój mały synek "podkręcił" gałkę termoregulatora. Umarły w wielkiej męczarni..) Dzisiaj podchodzę do śmierci inaczej, wolę skrócić życie chorej i cierpiącej rybki, ale ocalić życie pozostałych. Leczenie ryb akwaryjnych przez amatorów-hodowców, przypomina wędrówkę po omacku, w nieznanym pomieszczeniu. Dlatego w tytule tego rozdziału słowo "leczenie" ująłem w cudzysłów.





Przypadki pozornych śmierci rybek

1/      Pewnego wieczoru patrzyłem jak zwykle na swoje rybki i w jednym z akwariów zauważyłem na dnie leżące "zwłoki" kiryska pstrego, leżące do góry brzuchem. Były nieruchome. "Jeszcze jedna niespodziewana śmierć" - pomyślałem i wziąłem do ręki siatkę (specjalną dla umarłych rybek), wyłowiłem bezwładne ciało rybki i wyrzuciłem do sedesu. Już miałem spuszczać wodę, gdy wydało mi się, jakby rybka się poruszyła. Coś mnie tknęło i przyjrzałem się dokładniej. Prawdopodobnie na skutek różnicy temperatur wody, rybka znów poruszyła płetwami piersiowymi. Natychmiast ją wyłowiłem i wpuściłem do szklanki z wodą ze szpitalika (25 st.C.) do której dolałem trochę zimnej wody aby rybki nie narazić na szok termiczny. Zabrałem się za przygotowanie szpitalika, wylałem starą wodę (z Rivanolem) i zbiornik (7,5 l.) napełniłem nową wodą, którą "zaprawiłem" profilaktycznie 10 kroplami zieleni malachitowej. Ustawiłem temperaturę na 25 st. Czynności te trwały mniej więcej 5 minut. Potem delikatnie wpuściłem rybkę do szpitalika. Wcale się nie ruszała. "Zobaczymy co będzie rano" - pomyślałem i zgasiłem światło. Jakież było moje zdumienie, gdy rano zobaczyłem kiryska pływającego wprawdzie "śrubą", skokami, ale ż y w e g o. Następnego dnia kirysek leżał na dnie już prosto, a następnego już powoli pływał normalnie i ze smakiem zjadł kilka żywych larw ochotki. Mam go do dnia dzisiejszego, jest zdrowy i silny. Co było przyczyną jego "śmierci"? Nie wiem...
2/      W zbiorniku ogólnym trzymałem cztery szczupieńczyki pręgowane (Aplocheilus lineatus), które wesoło pływały szczególnie przy powierzchni wody i zajmowały się wyjadaniem wszelkiego rodzaju narybków (gupików, molinezji, skalarów itp.).Codziennie rano, ogładając to akwarium szybko je przeliczałem. Pewnego razu jednego mi zabrakło. Sprawdziłem jeszcze raz, znów są tylko trzy... Zacząłem szukać na zewnątrz... I znalazłem go "suchego" z tyłu zbiornika. Wziąłem do ręki i skierowałem się do toalety... Wrzuciłem go do sedesu a on się wygiął a raczej skręcił w kółko. "Co jest u licha" pomyślałem, ale dokladniej się mu przyjrzałem, wydało mi się, że skrzela robiły minimalne ruchy. Ponieważ szpitalik był akurat "kotnikiem", gdzie sobie czekała na rozwiązanie molinezja, wrzuciłem do niej "zwłoki" szczupieńczyka. Po kilku godzinach ruchy skrzeli były już wyrażne i miarowe, zaczął ruszać płetwami i ogonem. Na drugi dzień już pływał! i jadł!
I pomyśleć, że w obydwu przypadkach rybki marnie zginęłyby w ściekach.
Zdarzenia te nauczyły mnie dokładnego sprawdzania, czy padła rybka jest rzeczywiście martwa. Chyba że już została "sprawdzona" przez inne ryby (częściowo zjedzona).

Bezsensowna i straszna śmierć

Pewnego póżnego wieczoru, gdy właśnie aktualizowałem stronę, nagle usłyszałem głośny terkot i w chwilę potem jakieś "buczenie".Ponieważ dochodziło od strony akwarium prawego na biurku, natychmiast podniosłem się i zacząłem szukać przyczyny. Buczenie dochodziło od filtra kaskadowego. Wyłączyłem go i otworzyłem wieczko. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem w otworze prowadzącym do silnika, zaklinowanego głową do środka, zbrojnika Ancistrusa. Pincetą musiałem go siłą wyrwać za ogon. Jeszcze żył.. Wpuściłem go do szpitalika (do Dalili), gdyż Ryvanol wydał mi się dobry na ewentualne mechaniczne obrażenia. Niestety zaraz po umieszczeniu go w szpitaliku, Ancistrus znieruchomiał na zawsze. Jak to się mogło wydarzyć? Ponieważ dolna krawędź wypływu wody była pod wodą, musiał "pod prad" wpłynąć do filtra a pózniej uległ skłonności gatunkowej do wszelkich "kryjówek" i wcisnął się w otwór wsysania wody. Łopatki silnika musiały go mocno pokiereszować, aż ostatecznie silnik się zatrzymał i buczał.. Szkoda stworzenia...


Eutanazja rybek

Jak już nie ma innego wyjścia, trzeba zrobić rzecz okrutną, pozbawić życia rybkę. Dwa razy w życiu mi się to zdarzyło, jeszcze 25 lat temu. Pierwszy raz był to chory na grużlicę skalar (któremu skalpelem błyskawicznie przeciąłem kręgosłup), drugi raz był to wielkopłetw wspaniały (cały pokryty wrzodami), którego uśpiłem w luminalu. Jakiś hodowca z Rosji, opublikował w internecie, że swoje ryby uśmierca w szklance wody, z rozpuszczoną tabletką Etopiryny. Ponoć ruchy ryby stają coraz bardziej powolne i ryba usypia na zawsze, bez bólu i drgawek. Sam jeszcze tego nie próbowałem, chociaż mam w pogotowiu te tabletki. Myśle, że taka śmierć może być dla rybki zupełnie bezbolesna ( Etopiryna rzeczywiście ma działanie typu "psychotropowego"). Ale na bojowniki ten lek nie zadziała, gdyż oddychają labiryntem. Najskuteczniejsza jest błyskawiczna śmierć, przez silne uderzenie siatką z bojownikiem o krawędź np. umywałki. Jest to opinia jednego z hodowców z USA, w trakcie dyskusji o eutanzji ryb. Też jeszcze osobiście tego sposobu nie sprawdziłem, ale wydaje się oczywiste, że jest skuteczny. Te sposoby i przecięcie rdzenia kręgowego (np. żyletką tuż za skrzelami, od góry głowy), wydają mi się najbardziej humanitarne.
Brrrrrrr.... Na tym kończę ten przykry temat.


Powrót na początek strony     Licznik odwiedzin:
Wszelkie przedruki bez zgody autora - zabronione